"Ludzka dłoń powinna być miękka, otwarta i łagodna, gotowa na przyjęcie 
i wsparcie wszystkiego, co znajduje się w jej zasięgu
." 

S. Levine

Kto umiera?

Pewnego dnia powiedziała: "Amputują mi nogę". Z jej oczu płynęły łzy, a twarz, choć taka młodziutka i piękna, teraz wydawała się być dojrzała, smutna i poszarzała. Nie odpowiedziałam. Słowa ugrzęzły mi w gardle. Tylko łzy tak dobrze jej znane, wymykając się z moich oczu, dały znak - tak, jestem z Tobą.

To był nowotwór złośliwy, zabierał ją po kawałku...

Oddalała się od życia krok po kroku. Najpierw powoli, ledwie zauważalnie. Ciągle pełna nadziei i wiary w przechytrzenie swego losu. Szukała dróg, którymi mogłaby biec ku życiu, ale zawsze kiedy zatrzymywała się, okazywało się, że o n a jest tuż za nią - śmierć... ta, która za nic ma marzenia, ta, która nie pyta.

Ostatnie dwa miesiące były przygotowaniem na spotkanie się z nią twarzą w twarz, wielką próbą pogodzenia się z tym, co nieuniknione.

 To nie łatwe zadanie. Nie chcemy odchodzić, a szczególnie gdy jesteśmy jeszcze bardzo młodzi. Wznosimy ręce do życia i błagamy, by zechciało nas jeszcze zatrzymać na swym łonie. Obiecujemy, że na pewno dobrze wykorzystamy ten czas. Prosimy i płaczemy, płaczemy i prosimy... a kiedy dowiadujemy się, że karty już zostały rozdane i nie ma odwrotu, zaczynamy przeraźliwie krzyczeć. Ten krzyk rozpaczy na wskroś przepojony jest złością i żalem. Dlaczego ja? W swym zagubieniu mamy nadzieję, że ktoś nas usłyszy.

Kiedyś zapytała: "Czy ja umieram?" 

Cisza.

Ciągnęła dalej, wyczuwając moje zakłopotanie: "Podejrzewam, że tak, ale wszyscy dookoła milczą, a przecież ja nie jestem głupia. Powiedz, czy ja umieram?"

Tak - odparłam - zostało Ci niewiele czasu.

Przytuliłyśmy się przez chwilę zamierając w tym uścisku, chłonęłyśmy siebie, jakby to miało wystarczyć, by nigdy nie zapomnieć. To było nasze ciche pożegnanie. Potem powiedziała co mam zrobić z jej rzeczami, co komu dać - tym samym wydała swoje ostatnie dyspozycje.

Mówiła, że nie boi się śmierci. Nie wiedziała co ją czeka gdy ustanie oddech, a oczy opadną na dno. Zapewniła mnie, że jeżeli to tylko możliwe, to będzie moim aniołem. Płakałam, a ona przytulała mnie, pocieszała, mówiła, że sobie poradzę, że muszę dbać o marzenia...

Już nie słyszę bicia jej serca, nie widzę chmurki wydychanego przez nią powietrza, w uszach nie brzmi jej zaraźliwy śmiech, ale wciąż czuje jej dłoń w mojej dłoni. Miękką, ciepłą i łagodną. Byłam przy niej opatrując jej rany - te zadane ciału i te dotykające jej serca, a ona pomogła mi odejść. Tak, właśnie tak, nie ja jej, a ona mnie. Oswoiła mnie ze śmiercią, sprawiła, że moje dłonie też stały się łagodne i miękkie, gotowe na przyjęcie drugiego człowieka z całym jego światem, z wielkim plecakiem przeróżnych doświadczeń.

Bądźmy przy tych, którzy odchodzą, bo oni nas potrzebują i ponad wszystko pamiętajmy, że miłość to nieśmiertelność. Banalne? A może po prostu prawdziwe.

Dziękuję Doktorze za inspiracje, za to, że nigdy nie jest łatwo, że nie ma gotowych odpowiedzi, a wszystko zależy od nas samych. Dobrze byłoby mieć takiego przyjaciela jak Pan.

Magdalena

 

 




 zamknij okno