|
Marek Kalmus Medycyna i konkurencja Ostatnie dwudziestolecie to okres wielkiego zainteresowania niekonwencjonalnymi metodami leczenia oraz ponowne "odkrycie" zalet medycyny naturalnej. Obserwujemy też sięganie do różnych starych tradycji: europejskiego ziołolecznictwa, medycyny orientalnej; renesans zainteresowania przeżywa nie tak znowu stara (ok. dwustuletnia) homeopatia. Dziedziny te dają nieraz spektakularne dowody skuteczności diagnozowania i leczenia. Z drugiej strony mamy do czynienia z masowym rozwojem metod dotychczas nieznanych, leżących mniej lub bardziej poza nurtem oficjalnej nauki. Uważam, że powinniśmy rozpocząć publiczną dyskusję na temat alternatywnych metod leczenia w Polsce. "Oficjalna" medycyna boryka się z wielkimi kłopotami finansowymi, aparaturowymi, lokalowymi, etycznymi. Brakuje lekarstw, lub są tak drogie, że wielu potrzebujących nie może sobie na nie pozwolić. Dramatyczny stan służby zdrowia w Polsce (mimo licznych przykładów wielkiego poświęcenia i wspaniałej postawy części lekarzy i niższego personelu medycznego) jest wręcz przysłowiowy. Wzrasta ilość chorób i ludzi cierpiących, którym medycyna zachodnia nie jest w stanie skutecznie pomóc. Powszechnie znane są przypadki bezradności nauki lub nawet szkodliwych czy tzw. ubocznych(!) skutków leczenia. Tymczasem my zajmujemy się biurokratycznymi przepisami uniemożliwiającymi chorym korzystanie z takich metod leczenia, które mogą im skutecznie pomóc. Tłumaczenie zakazów ochroną pacjentów przed szarlatanami, lekami niewiadomego pochodzenia, nienaukowymi metodami itd. jest mało przekonywujące. Przecież właśnie chowanie głowy w piasek i udawanie, że problem nie istnieje (bo np. metoda jest nienaukowa) daje pole do popisu różnym szarlatanom i osobom nieuczciwym, żerującym na cierpieniu innych. Natomiast odrzucenie ex cathedra wszystkiego, co niezrozumiałe lub nieznane, to zaprzeczenie założeń nauki wychodzącej otwarcie naprzeciw takim wyzwaniom. Pragnę zwrócić uwagę przeciwnikom medycyny naturalnej, że jest ona znacznie starsza i często skuteczniejsza (służę wieloma przykładami udokumentowanymi medycznie) od naukowej medycyny zachodniej. Warto pamiętać, że do medycyny naturalnej zaliczają się tak wielkie tradycje medyczne jak chińska, indyjska (ajurwedyczna) czy tybetańska. Oparte są na innym, co wcale nie znaczy że gorszym od naszego, rozumieniu świata i człowieka. Odrzucanie ich dorobku (a zazwyczaj najwięcej na ten temat mają do powiedzenia osoby zupełnie tych systemów nie znające) świadczy jedynie o ignorancji. Również żądanie weryfikacji np. lekarza tybetańskiego przez urzędników medycyny zachodniej [przypis: Na przykład: artykuł K. Olszewskiego "Przedsiębiorczy mnisi z Ułan Bator", Gazeta Wyborcza z 9.I.1991 r.] jest równie absurdalne jak np. żądanie od profesora astronomii by weryfikował profesora biologii. Przecież jedynym rzeczywistym kryterium jest całościowy rezultat leczenia. W przypadku innej tradycji medycznej i leczniczej potwierdzenie prawa wykonywania zawodu nie musi mieć formy dyplomu - tak dyplom, jak np. tybetańska "srebrna łyżeczka" to tylko symbole i z samego faktu ich posiadania nikt jeszcze nie staje się lekarzem - jedynym kryterium jest wiedza połączona z właściwą postawą etyczną. Jestem przekonany, że większość pacjentów trafiających do lekarzy medycyny orientalnej, zielarzy itp. stanowią ludzie, którym nasza medycyna "oficjalna" nie potrafiła pomóc. Dlatego trąci demagogią powoływanie się na brak zgody Ministerstwa Zdrowia czy Izby Lekarskiej i zarzucanie łamania prawa poprzez sam fakt leczenia bez stosownego papierka. Proponuję więc, by zamiast krytykować i zakazywać czy odrzucać, lepiej najpierw spróbować poznać - i to nie wyrwane fragmenty, ale podstawy systemu - okaże się wtedy, jak spójne i logiczne, a zarazem głęboko humanistyczne są wschodnie tradycje medyczne. Budzi szacunek i zdumienie ich niebywała precyzja w diagnozowaniu chorób bez użycia skomplikowanej aparatury, nieznana u nas znajomość leczniczego działania różnych substancji (nie tylko ziół), które potrafią działać z siłą niczym nie ustępującą lekom chemicznym, natomiast bez skutków ubocznych. Sukcesy terapeutyczne medycyny chińskiej czy tybetańskiej są niepodważalnymi faktami bez względu na to, czy posiadamy ich naukowe uzasadnienie; leki działają niezależnie od kontroli farmaceutycznej. Zresztą cóż może powiedzieć na ich temat farmaceuta, poza określeniem składu chemicznego i biochemicznego wpływu na organizm, gdy tymczasem ich siła polega zazwyczaj na czymś innym, nie mieszczącym się nieraz w naszym światopoglądzie. Warto więc doprowadzić do współpracy przedstawicieli różnych tradycji medycznych, które tylko na tym skorzystają ze znakomitym wynikiem dla chorych. Dobrym, choć niestety jeszcze dość odosobnionym w Polsce przykładem jest tu np. działalność (zupełnie niedoceniana) Centrum Akupunktury w Warszawie założonego i kierowanego przez wiele lat przez ś.p. prof. Zbigniewa Garnuszewskiego, a także działalność kilkunastu prywatnych gabinetów lekarskich i ośrodków zajmujących się fachowo leczeniem również wg tradycyjnej medycyny chińskiej (diagnostyka z pulsu i języka, akupunktura, terapia ziołowa itd.). Starych tradycji medycznych nie należy mieszać z uzdrawianiem. Również i tu korzystniejszym byłoby umożliwienie przedstawicielom alternatywnych metod leczniczych zaprezentowanie swoich możliwości - nawet w warunkach klinicznych. Dotychczasowe przykłady takiej współpracy na świecie świadczą wyraźnie na korzyść takiej postawy. Ułatwi to weryfikację i pozwoli lekarzom nauczyć się czegoś nowego. Natomiast pacjentom poszerzy możliwości leczenia. Postawa negacji, charakterystyczna dla wielu przedstawicieli naszego środowiska lekarskiego, to z jednej strony klasyczny przykład typowo polskiej "bezinteresownej zawiści" tak niestety charakterystycznej w tej grupie zawodowej, jak i typowe myślenie w stylu komunistycznym: "wiem lepiej co dobre dla innych" - nawet jeśli fakty mówią coś przeciwnego. Tymczasem ja nie życzę sobie decydowania o tym w moim imieniu. Uważam wręcz, że jest to naruszanie podstawowych swobód i praw obywatelskich. Wszakże wolno mi samemu decydować, kto i jak będzie mnie leczyć, a nikt nie ma prawa (zgodnie z Konstytucją) tego mi zabronić. Izby Lekarskie i Ministerstwo Zdrowia oraz podległe mu instytucje powinny zajmować się medycyną zachodnią, bo tylko na tej się znają. Powoływanie się na przepisy prawne świadczy w naszej sytuacji o przedmiotowym traktowaniu człowieka i stawianiu ponad jego zdrowiem martwej litery prawa tworzonego zazwyczaj koniunkturalnie. Prawo można bowiem zmieniać, natomiast utraconego życia czy zniszczonego zdrowia nikt dekretem nie przywróci. Dlatego uważam za obowiązek Ministerstwa Zdrowia zweryfikowanie swych dotychczasowych poglądów i podjęcie rzetelnej publicznej dyskusji, wolnej od demagogii i psedonaukowych argumentów. Również Izby Lekarskie winny wyjść w tym przypadku poza instrumentalną ochronę zawodowych interesów, zwracając większą uwagę na aspekt etyczny tej sprawy. Wynikiem tego winno być opracowanie odrębnych przepisów prawnych dotyczących tak medycyny naturalnej jak i alternatywnych metod leczniczych. Jestem przekonany, że pacjenci potrafią to szybko docenić. Mam nadzieję, że moje uwagi nie zostaną odebrane jako atak na medycynę zachodnią, a popieranie tradycji wschodnich. Mam ogromny szacunek dla naszych lekarzy i ich osiągnięć. Sądzę też, że lekarze nie muszą się obawiać konkurencji - ludzie zazwyczaj najpierw udają się do nich, a dopiero potem, gdy medycyna "oficjalna" im nie pomoże, zwracają się w kierunku medycyny naturalnej czy też innych metod alternatywnego leczenia. Każdy przecież chce być zdrowy i szczęśliwy. Wierzę, że dopiero świadome połączenie osiągnięć różnych tradycji medycznych pozwoli stworzyć prawdziwą, humanistyczną medycynę jutra. Że tak już się powoli dzieje, świadczy ogromne zainteresowanie ze strony lekarzy m.in. czteroletnimi kursami tradycyjnej medycyny chińskiej organizowanymi w Krakowie. Głównym wykładowcą na tych kursach jest znany w Europie (również i w Polsce) i uznany w Chinach specjalista tradycyjnej medycyny chińskiej, prof. Claude Diolosa z Francji. Huba, luty/maj 1991 (artykuł publikowany w: Echo Krakowa nr 167 - 26.VIII.1992, nr 172 - 2.IX.1992 i nr 177 - 9.IX.1992)
|